wtorek, 11 września 2012

Potwór podły

- Mam wrażenie, że mnie jakaś pustka zjadła. Napełniłam pustkę od środka i nie mogę się z niej wydostać - mówię zaspanemu Lekarzowi Dusz.
- Co pani powie - dyskretnie spojrzał na zegarek, dusił się już.
Postanowiłam poczuć się jak w amerykańskim filmie. Pierdole polskie zgryzoty, spódniczki za kolanko i wieczną tęsknotę za zapalonym papierosem. Rozłożę się na tym foteliku, co ma robić za kozetkę, wyjmę paczkę fajek, zapalę sobie i opowiem mu o swoim życiu. Wyciągnęłam nogi przed siebie i kiedy sięgałam po torbę i fajki, pan Leczę Duszę się obudził.
- Nie palimy tutaj, no co też pani - poderwał się z wygodnego skórzanego fotela. - Tu jest miejsce publiczne, tu się nie pali!! - otworzył szeroko okno, a ja natychmiast podniosłam się z  wygodnej półleżącej pozycji i spięłam jak najgorsza pensjonarka, która myśli tylko o tym jak zrobić laskę swojemu nauczycielowi matematyki, ale przez ręce przechodzą jej tylko paciorki różańca.
- Jeśli będzie pani palić w miejscach publicznych, nadbuduje pani ten swój strach, te swoje obawy - ocierał wysokie czoło z potu chusteczkami, które leżały na stoliku i czekały, aż JA otrę sobie nimi łzy. Podły Lekarz Dusz. - Proszę pamiętać, że wdychanie trujących toksyn i ta wewnętrzna obawa, której nawet sobie pani nie uświadamia, będą przyczyną większych niepokojów, które przecież panią dręczą, prawda? - umościł sobie tyłkiem miejsce w fotelu.
Postanowiłam zrezygnować z amerykańskiego filmu na rzecz kina europejskiego, tylko bez papierosa, żeby już nie budować w sobie więcej niepokoju. Wysunęłam się trochę z fotela - kozetki, potargałam włosy, przygarbiłam się odrobinę, i próbowałam szeroko otworzyć oczy, tak żeby wydawały się większe i bardziej dramatyczne.
- Widzi pan, ta pustka jest mną wypełniona. - próbowałam sprawić, by język polski, zabrzmiał trochę po francusku. - To ja ją wypełniam. Jeśli ja jej nie odpuszczę, to będziemy tak tkwić - odrzuciłam włosy do tyłu i starałam się, żeby nadać spojrzeniu melodramatyzm jakiejś znanej francuskiej aktorki, ale zapomniałam której. W rezultacie wyszło mi raczej spojrzenie Pameli Anderson, o którym niewiele można powiedzieć, prócz tego, że właściwie chodzi o jej cycki.
- Proszę mi powiedzieć, gdzie tkwi problem. Razem spróbujemy dotrzeć do jego źródła - patrzył na zegarek i dusił się coraz bardziej. Widać, że moja dusza mu nie leżała, może była za mała?
- Czuję, że zjadła mnie pustka, że wypełniłam ją od środka - zaczęłam recytować.
- No tak tak - powiercił się zniesmaczony moim brakiem wylewności - To wiemy. Mówiła to pani na początku naszego spotkania, a teraz - spojrzał na zegarek - gdy nastąpił jego koniec, muszę coś postanowić.A właściwie pani.
Nie patrzył na mnie jak Gustaw Jung, ani nie jak Freud, ani nie jak jakiś zakręcony tybetańczyk, nie uśmiechał się jak amerykański autor poradników dla tych, których zjadła pustka.
Siedzieliśmy tak chwilę, on czekał na moją reakcję, a mnie skończyły się pomysły na to, jaką bohaterką filmową mogłabym jeszcze zostać. Pustka.

Ok, wiem. Powiem mu prawdę! Otworzę usta i wyartykułuję, z jakim problemem przyszłam. Wstanę, spojrzę na niego z góry, powiem: boję się, i każę mu się wyleczyć. Po to tu jest, doktorek od duszenia.

- Boję się - zrezygnowałam z wstawania.
- Super - stary pstryknął palcami - To mamy punkt wyjścia do następnej wizyty! Proszę się zastanowić, oczywiście w domu, wolną chwilą, co ten strach oznacza dla pani samej, dla otoczenia - zamyślił się na chwilę i zakręcił najdłuższe włosy na brodzie. - I czy w dzieciństwie się pani bała.
- Bałam się, ale to zupełnie nie o to chodzi - rozemocjonowana moim wyznaniem, chciałam naciągnąć starego piernika na gratisowe pięć minut wizyty. - Ten strach nie ma nic wspólnego z dzieciństwem!
- Dlatego proszę też, W DOMU, przeanalizować okres dorastania - kwęknął zniecierpliwiony. - Oczywiście proszę wziąć pod uwagę narkotyki, alkohol i papierosy oraz inne patologiczne zachowania, bo bez tego ani rusz - odetchnął. - I proszę być szczerą ze sobą, nie ukrywać niczego, nie dać się stłamsić świadomości, proszę zaglądać najgłębiej jak tylko się da.

O mały włos nie wyciągnęłam notesu, żeby zapisać sobie te wszystkie zalecenia. Sięgnięcie do torby było jednak zbyt ryzykowne. Zresztą chyba zbyt długo się zastanawiałam.

- A teraz ja będę szczery. Wobec pani. Godzinna wizyta w moim gabinecie kosztuje 150 złotych. Wie pani? - przytaknęłam, bo wiedziałam. - Nie jest to mało, nie jest to dużo. Zależy jak się do tego podejdzie i co się chce stąd wynieść, jak się CHCE skorzystać - ciągnął Lekarz Duszyca. - Ale ma się na to tylko godzinę, nie więcej. Proszę pani, pani siedzi tu już dobrych parę minut ponad program. A ja też mam swoje życie i parę spraw do ogarnięcia. Odbieram dziecko z przedszkola... - popatrzył w sufit. -  I proszę więcej ode mnie nie wyciągać, bo to pani ma problem, nie ja!

Milczeliśmy sobie przez sekundę lub dwie, ja zastanawiałam się czy mam już iść, on pewnie zmartwił się swoim nagłym wybuchem emocji.

Ciekawe czego się przestraszył, dziad jeden. Duszyca, co nie pozwala nabrać powietrza, propagator dobrego wychowania, ten który nastawia przypomnienia w komórce, ten który ci mówi, że czas się skończył. Czego ty się boisz bezduszny Lekarzu Dusz. Nie powiesz mi, znowu patrzysz na zegarek. Już idę. Cyk cyk cyk. Uniosłam delikatnie biodra i napięłam łydki. Skórzany fotel odzyskiwał kształt sprzede mnie.

Trwajmy tak sobie. Bo nie musimy o sobie nic wiedzieć, potworze!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz