niedziela, 20 stycznia 2013

Potwór wspomnienie

Najgorsze są te, z którymi łączyło cię coś bliskiego. Najgorsze są te, których nawet nie możesz nazwać potworami. Nie przechodzi ci to przez gardło, prędzej przez myśl, ale wykrzytuszenie tego jest niemożliwe. Oooo, ile razy próbowałam! Ile razy literka "p" dotykała moich ust. Nic z tego. Stój stój stój! A pamiętasz te dobre chwile?? A pamiętasz jak...

Pamiętasz jak zobaczyłaś ją po raz pierwszy? Kiedy to było... Uśmiechasz się na samo wspomnienie. Kilka piw wypitych imprezie na plaży. Ciepła noc, błyszczące gwiazdy, idealny kształt księżyca. Nawet dźwięki idiotycznej piosenki disco polo do dzisiaj wywołują milutkie dreszcze na całym ciele. Piwo nagazowane do granic możliwości smakowało jak najlepszy szampan. Wszystko. Wszystko było dobre. Było idealne, doskonałe i najlepsze. To jak wtedy kiedy się zakochujesz. Świat ci sprzyja, ty sprzyjasz światu. Oddajecie sobie to, co macie najlepszego - dobra energię. Niech wtedy milczą demony! Niech zakneblują sobie usta ci, którzy mają coś przeciwko! Spierdalaj świecie, nie znasz naszej siły!!  I dobrze. I na tym to polega. I niech nic nie śmie podstawić wam nogi.

Pamiętasz to zdjęcie? To tamta noc, na której więcej było procentów niż rozsądku. Wyglądasz na szczęśliwą. A co wtedy powiedziałaś? A ona? A ona co odpowiedziała? A jak się śmiałyście z za krótkich kiecek. Świetnie było, i chociaż się skończyło, to do tej pory przyjemnie rozszerza kąciki ust. Podnosi je do góry i utrzymuje na dłużej niż najlepszy żart. I tak, właśnie tak ma pozostać, choć to tylko namiastka tego co robiłyście wtedy.

Pamiętasz jak nie mogłyście opanować śmiechu? Jak nabijałyście się z brzydkich ubrań, ze śmierdzącego oddechu, z czyjegoś tchórzostwa i z tego jeszcze, że ser jest żółty, a... A w ogóle śmiechu było co niemiara. Papierosów, wódki, wina i piwa też. I chłopaków. 

Nigdy nie zapomnij tych chwil. Nawet jeśli były przeplatane jakimiś ukłuciami przeczuć, nawet jeśli coś się majaczyło, coś drgało nie w ten co potrzeba rytm. Chrzań to! Wtedy się zgadzało, wtedy dwa plus dwa było cztery! Prawdziwie, właściwie, na miejscu, o tej porze, tego dnia, w tym kolorze. Na zawsze, na amen, na czerwony lakier do paznokci, którego obi używałyście. I na ten samy błyszczyk. Tego nie zapomnij nigdy.


Nie pamiętaj tego, jak poluzowały się sznureczki bransoletki przyjaźni. Mocno zawiązane supełki muliny puściły. Była to magiczna chwila. Bo.... Bo wyobraź sobie huk. Kiedy pęka milion supłów zawiązanych na "do końca świata", zawiązanych na "na zawsze". Ściśniętych tak, że nikt nie waży się nawet ich skubnąć. Siła, która je rozplatała musiała pochodzić od diabła. Albo od człowieka. Tak, od ciebie.

Ten huk. Nigdy nie powtrzaj go w myślach, nie próbuj go sobie odtworzyć. Umrzesz od tego dźwięku. Wykończy cię. Supły tej przyjaźni zacisną się na twojej szyi i stracisz trzeźwy oddech na zawsze. Nie próbuj! Bo nigdy już nie odetchniesz pełną piersią, nie podasz ręki i nie pozwolisz się zwierzyć żadnej najlepszej istocie na ziemi. Będziesz napęczniałym, obleśnym stworem. Stracisz każdą dziurę, przez którą wylatywało powietrze. Nie będziesz już niczym, prócz olbrzymiej pustki obciągniętej skórą.

Spójrz jeszcze raz na zdjęcie. Ding! Stuknęłyście się wtedy kieliszkami napełnionymi po brzegi wódką. Pamiętasz? Barman wariował, nigdy nie musiał tyle nalewać. "A bo to przyjaźń, kochany", tłumaczyłyście wtedy plączącymi językami. Chłopak wiedział, że ta prawdziwa może wypić znacznie więcej. Barmani dużo wiedzą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz